?>

You, Ebola! Come back to Laos, czyli witamy w Kambodzy.

Z samego rana udalismy sie do portu zeby zlapac lodz do Nangasak. Pomimo ogromu ofert wyspiarskich biur podrozy, ktore tak naprawde byly jedna wielka mafia turystyczna my jak zawsze postanowilismy cala podroz odbyc na wlasna reke.

Jak sie okazalo, stalo sie to przeszkoda juz podczas proby opuszczenia Laosu. Pierwsza bariera byl samo wydostanie sie z wyspy, gdyz wszyscy otwarcie twierdzili, ze trzeba kupic bilet przez wyzej wymienione agencje. Na szczescie udalo nam sie zagadac ze sternikiem, wreczyc mu kasiorke do reki i chwile potem przeprawialismy sie przez Mekong. Nastepnie udalismy sie na lokalnego Pksa, gdzie bezproblemowo kupilismy bilety do granicy, skad mielismy juz zaaranzowany przez Internet transport do Siem Reap, duzo tanszy, szybszy i wygodniejszy niz te oferowanie na wyspie. Spokojnie usiedlismy w oczekiwaniu na autobus, dolaczyla sie do nas grupka Czechow, za pol godziny mial byc planowany odjazd. Podjechal autobus i wtedy zaczela sie cala akcja. Wszyscy ludzie, ktorzy mieli bilety wykupione u wyspiarzy bezposrednio do Siem Reap czy Phnom Penh bezproblemowo zapakowali sie do autobusu i czekali na start. Grupka okolo 8 osobowa, ktora miala kupione bilety jedynie do granicy zostala totalnie zignorowana ( w tym oczywiscie my). Kiedy zaczelismy sie upominac o swoj transport podszedl do nas jeden z lokalnych cwaniaczkow i zaczal wypytywac z jakim biurem podrozujemy, wszyscy zgodnie odparlismy, ze z zadnym. Wtedy on powiedzial, ze jesli nie powiemy mu z jakim to nie wyjedziemy z Laosu. Cala grupa zaprotestowalismy mowiac, ze skoro zaplacilismy u nich za bilety do granicy to maja nas do niej zawiezc albo oddac pieniadze. Autobus z cala reszta turystow finalnie odjechal, a na stacji zostala tylko nasza grupa. Laotanczycy wciaz uparcie stali przy swoim, finalnie odparli, ze kolejny autobus jest za 3 h i mozemy sobie czekac. Odparlismy, ze bedziemy tu koczowac poki nie zabiora nas na granice. Walka psychologiczna trwala okolo 2 godziny, nam osobiscie zleciala przy piwkach, glupich zartach i cietych spojrzeniach w strone laotanskich oszustow. Finalnie slowianski team zostal z laski wpakowany do vana i zawieziony tam gdzie chcial, jednak caly czas bylismy z tajniaka eskortowani przez laotanskich cwaniaczkow. Samo przekoczenie granicy rowniez okazalo sie przygoda. Faktem jest, ze bez nieoficjalnej lapowy/darowizny w postaci 2 dolcow mozna co prawda opuscic Laos, tylko, ze nie ma za bardzo gdzie pojsc, bo bez stempelka od pana celnika nie wpuszcza nas dalej do Kambodzy.

image

Troszke afery, klotni dla zasady, finalnej zaplacie tych 4 dolcow i przejsciu okolo 200 metrow ziemi niczyjej droge zachodza nam kolejni glodni zarobku biznesmeni nawolujacy do kontroli lekarskiej. Wylapuja oni biednych, niczego nie spodziewajacych sie turystow twierdzac, ze bez wyzej wspomnianej kontroli nie ma wjazdu do Kambodzy, po czym po zmierzeniu temperatury kasuja po dolarze od osoby. Nasz pelny politowania usmiech i totalna zlewka spowodowaly, ze w nasza strone polecialy teksty w stylu ” this is illegal „, „you Ebola Come back to Laos” oraz gorsze epitety, co jeszcze bardziej nas rozsmieszylo:) udalismy sie prosto po wize, gdzie oprocz standardowej oplaty trzeba jeszcze wybulic 5$ dolarow za kolejny stempelek, tym upowazniajacy do wjazdu na teren Kambodzy:)) Udalo nam sie, nie pozostalo nam nic innego jak czekac na dalszy trasport do Sieam Reap. Siedzac w knajpce udalo nam sie zaobserwowac kolejny przekret. Turysci, ktozy wykupili bilet w wyspiarskich biurach podrozy, zawierajacy oficjalnie calkowity przejazd z samego Don Det az do Siem Reap mieli podobno zagwarantowana podroz nowo wybudowana droga. Jest ona w o niebo lepszym stanie przez co znaczco skraca sie czas podrozy. Po przekroczeniu granicy okazalo sie, ze czeka ich niemila niespodzianka. Gwarancja gwarantowanego okazuje sie uiszczenie kolejnej oplaty. „Tam byl Laos, tu jest Kambodza, jesli chciecie nowa droga to doplacacie 110 000 kipow”,  czyli 50 zlotych od osoby. Wyklocanie sie oszukanych podroznikow nic nie dalo, z zniesmaczonymi minami zaplacili kolejna gotowke, aby uniknac piekielnie dlugiej i meczacej podrozy. My wraz z czeska ekipa zapakowalismy sie do minivana i ruszylismy w podroz do Sieam Reap. Nowa, lepsza droga okazala sie szeroka, zakurzona polna sciezka. Skoro tak wyglada tam lepsza trasa to dzieki bogu nie mielismy okazji transportowac sie ta starsza… W polowie drogi musielismy zjechac do przydroznego warsztatu, zeby przedmuchac kompresorem filtr powietrza, gdyz kompletnie sie zapchal, a caly syf z zewnatrz zaczal ladowac w srodku. Dojechalismy. Ku milemu zaskoczeniu w przeciwienstwie do innych firm wyrzucajacych pasazerow na obrzezach miast, my wyladowalismy w samym centrum. Czekal tam juz na nas wlasciciel, ktory uslyszawszy historie naszej przeprawy przez granice opowiedzial jak wielkie problemy ma z laotanska ekipa, ktora najwyzrazniej nie znosi jakiejkolwiek konkurencji. Wlasnie z tego powodu, nie ma prawa dzialac na terytorium Laosu i zabiera turystow dopiero z Kambodzy. Pewnie rozumiecie juz dlaczego tak ciezko jest sie samemu stamtad wydostac. Na koniec kolejna mila niespodzianka, jeden z zaprzyjaznionych z firma tuk tukarzy podwiozl nas gratisowo do hotelu. Po tylu ekscytujacych wrazeniach nie pozostalo juz nic jak walnac sie w kimono 🙂

  • Awsome site! I am loving it!! Will come back again. I am taking your feeds also.