?>

Voyages en ciudades pequenas

Tym razem udało nam się zebrać trochę wcześniej, o 8 już buszowaliśmy w kuchni. Planem na dzisiejszy dzień były 3 miasteczka : Garachico, Icod de vinos i Orotava.

Postanowiliśmy zacząć od najbardziej oddalonego Garachico, ale Icod de vinos nie chciało dać za wygraną i zmusiło nas do objechania go 3 razy zanim udało nam się z niego wydostać 😀 dotarliśmy do Garachico, które jest tak naprawdę malutką, nadmorską miejscowością gdzie typowe kanaryjskie budownictwo miesza się z kolonialną zabudową. Miejscowość bardzo urocza, gdzie powolne życie typowych, starszych canarios, toczy się swoim powolnym rytmem pomimo tłumu zagranicznych turystów wałęsających się dosłownie wszędzie.

Pokręciliśmy się jakąś godzinkę i skierowaliśmy w stronę wspomnianego wcześniej Icod de vinos. Po uprzednim, przymusowym rekonesansie wjechaliśmy tam jak do siebie 😀 sprawnie zaparkowaliśmy pod kątem 45 stopni w jednej z bocznych uliczek i ruszyliśmy na obchód 🙂 zaczęliśmy od historycznego centrum miasta, gdzie okazało się, że z okazji weekendu zorganizowano coś na kształt kanaryjskich dożynek 😀 było dużo głośnej muzyki z przewagą techna, dużo turystów z przewagą emerytów plus dość ciekawe rozgrywki sportowe na jednej z uliczek. Grupka małolatów urządziła sobie zawody w ślizganiu się z górki na stolnicach/deskach do krojenia/taboretach bez nóg itp. itd. Po bokach swoich „pojazdów” zamontowane mieli rurki, które służy do utrzymania się na tych bolidach, wersje pro posiadały również amortyzator w formie gąbki pod 4 litery. Żeby było bardziej emocjonująco po środku toru wyścigowego aka bocznej uliczki stworzyli hopkę, a metą był stos opon, który zapewniał w miarę miękkie hamowanie. Podczas tych jakże emocjonujących zawodów poczuliśmy lekki głód. Jednak wcześniej postanowiliśmy zahaczyć o słynne Drago Millenario, jeden z głównych powodów licznych wycieczek do Icod de vinos. Drzewo ma około 16 metrów wysokości, korona 20 metrów rozpiętości, a jego wiek szacuje się na minimum 800 lat.

Spoko, fajnie, drzewo też git, ale czas coś wszamać 🙂 tym razem upolowaliśmy świńskiego kotleta i rybiego fileta 😀 oczywiście z dodatkiem canarios potatoes with mojo 🙂 najedzeni postanowiliśmy ruszyć do Orotavy. Największa ze wszystkich trzech zaskoczyła nas pozytywnie małą ilością turystów. Mogliśmy w spokoju błąkać się po okolicy. Zbłąkani trafiliśmy w końcu do auta i wyruszyliśmy z powrotem do naszej ukochanej, drewnianej chatki w La Esperanza. Prognoza pogody na kolejny dzień nie była najlepsza tak więc plan był prosty… Wino i leniuchowanie.