?>

Vang Vieng, czyli jak bezpamietnie zakochac sie w Laosie

Z samego rana wyruszylismy do Vang Vieng, miasta w Laosie znanego z hucznych imprez i tzw „tubbingu”. Jednak nie to bylo celem naszej wizyty w regionie, liczylismy na piekne krajobrazy, ktore jak sie okazalo pozniej przeszly nasze najsmielsze oczekiwania.

Ale od poczatku, zapakowalismy sie w mini vana razem z 9 pozostalymi osobami i ruszylismy w trase, ktora miala zajac nam okolo 5 godzin. Od samego poczatku droga byla bardzo przyjemna dla oka, jednak im blizej celu tym widoki stawaly sie bardziej spektakularne.

image

image

image

image

image

Posrod przeroznych wioseczek natrafilismy na jedna, ktora wzbudzila nasze zainteresowanie. Mianowicie, znajdowala sie tak jakby w wawozie pomiedzy gorami, a droga przez nia wiodla przez targowisko. Nie bylo to jednak zwykle targowisko, stragany przepelnione byly przedziwnymi rzeczami np. swiezo ukatrupionymi zwierzetami futerkowymi, obcietymi glowami koz czy pozamykanymi w klatkach krabami i czyms w rodzaju swistaka. To wszystko sprawialo wrazenie jakby bylo dla lokalnych szamanow na potrzeby jakiegos kultu. Pozostale miejscowosci na drodze oprocz pieknych widokow wydawaly sie zbytnio nie wyrozniac, chyba ze za niecodzienny widok mozna uznac tony mandarynek sprzedawanych wzdluz drogi.

image

Standardowo, kiedy po 5 godzinach dotarlismy do Vang Vieng, na stacji zaraz pojawila sie ekipa kierowcow chetnych zawiezc nas do centrum za jedyne 20 000 kipow twierdzac, ze dzieli nas 9 km. Tak naprawde dzieliy nas 2 km i dojscie spacerkiem zajelo nam maks pol godzinki. Zatrzymalismy sie w Champalao Bungalows. Kiedy po raz pierwszy dotarlismy na miejsce to wiedzielismy, ze bedzie to jedno z naszych ulubionych przystankow w Laosie. Dlugo nie zastanawiajac sie, odlozylismy plecaki do pokoju i rzucilismy sie na hamaki znajdujace sie na tarasie, widok zapieral dech w piersiach.

image

image

image

image

Atmosfera byla tak wyjatkowa ze postanowilismy spedzic reszte dnia bujajac sie po okolicy. Dzisiejsze Vang Vieng znacznie rozni sie od tego jak wygladalo 2 lata temu, jest duzo spokojniejsze. Na glownych ulicach nie ma sladu po dawnych dzikich imprezach, teraz ogranicza sie je jedynie do terenu malej wyspy. Jednak Ci, ktorzy szukaja rzeczy typu happy pizza itp. itd. to na pewno nie beda mieli problemu z ich znalezieniem. Wieczor zakonczylismy kolacja nad brzegiem rzeki, aby potem do pozna wylegiwac sie na hamakach i gadac o glupotach.

image

image

image

Kolejny dzien rozpoczelismy od sniadanka z rajskim widokiem. Dzien zamierzalismy spedzic aktywnie, postanowilismy wypozyczyc skuter i bujnac sie po okolicy. Pierwszym przystankiem byla stacja paliw co poskutkowalo pelnym bakiem za 20 pln. Nastepnie postanowilismy pojechac na trase z Luang Prabang porobic troche fotek i sprawdzic tajemniczy targ o ktorym wczesniej wspominalismy. Po drodze standardowo zatrzymalismy sie na szamanko w przydroznej barowie i popedzilismy dalej w droge. Po ok 40 km dotarlismy. Wjechalismy w wawoz, a brak slonca sprawial ze miejsce to jeszcze bardziej wydawalo sie mroczne i tajemnicze. Zwolnilismy zeby dokladniej przyjrzec sie tym wszystkim rzeczom na straganach. Niestety tym razem bylo ich duzo mniej, jednak i tak nie zabraklo przedziwnego asortymentu. Co ciekawsze juz po calej wycieczce probowalismy znalezc jakiekolwiek informacje na temat tego miejsca w internecie jednak miejscowosci nie ma nawet na mapach. Po szybkich ogledzinach ruszylismy w droge powrotna. Wracajac zafascynowani fajnym widoczkiem postanowilismy zjechac nieco w dol zeby cyknac fotke przy rzece. Zakonczylo sie to niegrozna wywrotka, skutkujaca. kilkoma zadrapaniami zarowno na ciele jak i na skuterze.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Po opatrzeniu kilku zlaman otwartych pstryknelismy swoje wymarzone zdjecie i zaatakowalismy gorke ponownie 😀 :)) w ramach rekonwalescencji po powrocie do domu walnelismy sie na hamaki, a bol postanowilismy ukoic flakonem czerwonego wina:))) 😀 rankiem po sniadanku, uprzednim pozegnaniu sie z obrazalska sowa, sielskimi widokami, przyjacielskim psem i przede wszystkim przemilymi wlascicielami wyruszylismi autobanem w strone Wientianu. Podroz, jak z reszta wszystkie zleciala nam na cwiczeniu jogi:) po dotarciu do stolicy Laosu standardowo musielismy obudzic swoje umiejetnosci handlowe i wytargowac dojazd na drugi koniec miasta skad ruszalismy dalej do Pakse. Finalnie udalo nam sie ustalic taka cena za 25 km jaka inni turysci placili za przejechanie zaledwie 9 … Rachunek wyniosl 9 zlotych 😀 . Przejezdzajac przez miasto zgodnie stwierdzilismy, ze dobrze zrobilismy nie zostajac tam na noc tylko kontynujac dalsza podroz. Czesc Wientianu, ktora udalo nam sie zobaczyc podczas rajdu tuk tukiem w ogole nas nie zauroczyla, a wrecz wydala nam sie nieciekawa. Na stacji czekala nas niemila niespodzianka. Okazalo sie, ze nie ma tam przechowalni bagazu, a przynajmniej my nie bylismy w stanie jej zlokalizowac. Co gorsze dookola dworca nie bylo praktycznie nic, nawet kawalka zieleni wiec zmuszeni bylismy koczowac 6 h na stacji. Kiedy nadeszla pora naszego wyjazdu zapakowalismy sie do tzw ” sleeper bus”, ktory wg nas jest totalnym hitem.

image

Calonocna podroz odbywa sie w lozkach zaopatrzonych w kocyki, podusie, slodkie babeczki i wode mineralna. Jedynym mankamentem tego typu podrozy w Laosie jest fakt iz podrozujacy solo jezeli nie wykupia sobie 2 miejsc ( jedno cale lozko) moga spedzic upojna noc w jednym koju z uchlanym panem Miyagi. My oczywiscie spalismy w jednej lozy, ale za scianka mielismy chrapiacego traktorzyste. Noc minela nam szybko i przyjemnie, a na dworcu juz czekali na nas stesknieni kierowcy chcacy zabrac nas do portu w Nangasak. Stamtad watpliwej jakosci piroga mielismy przetransportowac sie na Don Det. Cala operacja zostala poprzedzona ekspresowym „wypompowaniem” wody z lodzi za pomoca garnka. Udalo sie, wraz z innymi turystami doplynelismy szczesliwie do krainy 4 tysiaca wysp:)