?>

Tam, gdzie wzrok zwyklego turysty nie siega domy buduje sie ze wszystkiego, niepotrzebne sa ubrania, a usmiech i tak nie schodzi z twarzy dziecka….

Nasz wczorajszy relaks tak nas rozluznil, ze nie wstalismy na czas z rana. Kierowca, ktory mial zabrac nas do Pnom Penh ze zniesmaczona mina musial czekac az w pospiechu zapakujemy reszte gratow, uiscimy oplate za hotel i zakupimy prowiant na droge. Cholera, co oni tacy punktualni w tej Kambodzy!?

Tajlandia i Laos nauczyly nas zyc bez pospiechu 😀 Finalnie zapakowalismy sie do auta i jazda. W Phnom Penh zjawilismy sie poznym popoludniem, tak naprawde byl to dla nas przystanek z noclegiem w drodze do Kep, gdzie zamierzalismy spedzic leniwe swieta. Ruch na ulicach w Phnom Penh przypomnial nam, ze jestesmy w Azji. To co tam sie dzieje przechodzi wszelkie wyobrazenia kazdego europejskiego kierowcy. Co ciekawsze po dluzszym pobycie i czynnym uczestniczeniu w ruchu zarowno jako piesi jak i kierowcy stwierdzamy, ze ma on wiele zalet. Caly ten nielad na pierwszy rzut oka nie do ogarniecia okazuje sie rzadzic kilkoma prostymi zasadami:

1. Wszystko jest dozwolone ( jazda po prad, na trzeciego, a nawet w tyl jesli ktos potrafi 😉 )
2. Duzo trabienia!!! Nalezy informowac wyszystkich o swojej obecnosci i zamierzonych manewrach. Jezeli zamierzasz kogos wyminac, skrecic, przywitac sie lub wyrazic swoja dezaprobate ( baaaardzo rzadko ) , albo po prostu sie nudzisz nacisnij klakson
3. Nie nalezy sie spieszyc! Nigdy nie wiesz kiedy zza rogu wyskoczy Ci krowa, pies, swinia czy inne dziadostwo 😀
4. Zasada najwazniejsza – bez nerwow! Trzeba na wszystko spojrzec z przymruzonym okiem 😀 hahahaha…
Jezeli tylko potrafisz sie dostosowac do dekalogu azjatyckiego kierowcy, po czasie oprocz adrenaliny poczujesz ogolna przyjemnosc z tej „dzikiej jazdy”. Piesi tez maja swoja jedna zlota zasade. Ogolnie moga wyskoczyc z partyzanta gdzie chca i kiedy chca jednak jesli juz sie rusza to za chiny ludowe nie wolno im sie zatrzymywac. Phnom
image1
image2
Penh ma dwa oblicza. Za dnia nadrzeczna promenada przepelniona usmiechnietymi ludzmi i bawiacymi sie dziecmi po zachodzie slonca calkowicie zmienia swoje oblicze. Ich miejsce zajmuja okoliczni bezdomni i patologiczna czesc mieszkancow. My rowniez ustapilismy im i wrocilismy do hotolu polozyc sie spac. Z samego rana czekal juz na nas kierowca z ktorym wyruszylismy w droge do Kep.
image3
Po ok 4 godzinkach bylismy w Khmer Hands, miejscu w ktorym zamierzalismy spedzic swieta oraz miejscu do ktorego dostosowalismy cala trase. Wybor nasz padl na nich zaraz po obejrzeniu w internecie zdjecia bambusowego domku na palach. Zakochalismy sie w nim od pierwszego wejrzenia, a dodatkowo zacheceni rewelacyjnymi opiniami w sieci podjelismy natychmiastowa decyzje.
image21
Decyzja okazala sie strzalem w dzieciatke, miejsce nie dosc, ze jest wyjatkowo piekne to dodatkowo wyjatkowa atmosfere tworza jego wlasciciele, Kris i Naomi wraz z dziecmi. Od samego poczatku czlowiek czuje sie jak w rodzinie. Jeszcze dobrze nie zdazylismy wjechac na teren, a Kris juz z daleka krzyczal nasze imiona. Zaraz po zrzuceniu plecakow dal nam mnostwo wskazowek co ciekawego porabiac w okolicy i dodatkowo zajal sie dalsza aranzacja naszych planow podrozniczych takich jak wynajem skuterow i busa na powrot do Phnom Penh. Po lekkim ogarnieciu sie pierwsze kroki skierowalismy na slynny crab market, zeby spalaszowac swiezutkie owoce morza. Jeden z barowych naganiaczy namowil nas na gastracje w jego lokalu oferujac duzy talerz dla dwojga za 7$.
image4
image5
image6
Po chwili na stol wjechala solidna porcja krabow, krewetek i osmiorniczek w przepysznym pieprzowym sosie. Wszystko zniknelo w mgnieniu oka, a my udalismy sie na upragniona plaze. Po 3 tygodniach tulaczki po dzungli, miastach i gorach w 30-sto stopniowym upale marzylismy o tym, zeby polozyc sie na bialym piasku 🙂
image11
image12
image7
Po plazingu udalismy sie w strone Khmer Hands, gdzie czekala nas przemila niespodzianka. Z okazji wigilii wlasciciele zorganizowali dla wszystkich swiateczne barbecue przy ktorym wraz z reszta gosci spedzilismy wieczor. A tak w rzeczywistosci wygladal nasz domek i nasi wspololaktorowie 😉
image19
image15
image18
image20
image14
image10
Z samego rana pod chatka czekal juz na nas skuter ktorym pojechalismy zwiedzac park narodowy oraz reszte okolicy. Zasadniczo bardziej jak park zaskoczyla nas okolica, ktora wygladala jak wymarla. Mijalismy mnostwo niedokonczonych rezydencji, pozostalosci po kolonii francuskiej, a na ulicach nie bylo zywej duszy. Klimat iscie katastroficzny.
image8
image9
image13
image17
Na obiad postanowilismy wrocic do swoich gospodarzy, gdzie po raz drugi podczas naszej podrozy postanowilismy spalaszowac typowo zachodnia potrawe. Po obiedzie zorientowalismy sie, ze nie mamy juz zbyt wiele gotowki, a jedyny bankomat w okolicy byl juz pusty. Oznaczalo to dla nas rajd do oddalonego o 30km Kampotu. Na powrocie postanowilismy odszukac kolejna plaze, o ktorej mowil nam Kris. Trasa byla bardzo przyjemna, ciagnela sie miedzy lasami mangrowymi aby na koncu zaprowadzic nas w tereny gdzie nieczesto zapuszcza sie biala twarz. Poczulismy sie troche nieswojo jak wszystkie oczy skierowaly sie na nas, a do tego okolica skladajaca sie z bambusowych slumsow na wodzie nie przypominala sielanki, ktorej szukalismy.
image16
Po chwili zatrzymalismy sie na polu na pare fotek, a tu nagle atak! Banda rozesmianych dzieciakow (niektore totalnie bez ubran) jak tylko nas zobaczyla to wybiegla ze szkoly i ruszyla szturmem w nasza strone. Dzieciaki jednak na calym swiecie lagodza obyczaje:) Za nic nie chcialy dac nam odjechac, biegaly dookola, lapaly za skuter chcac na niego wskoczyc. Po przybiciu kilku piatek i wielu szerokich usmiechach udalo nam sie wyrwac z tych malych raczek i podazyc w kierunku miasta zeby pokrecic sie jeszcze po okolicy gdyz byl to nasz ostatni dzien w Kambodzy.
  • Witia

    No i pięknie. Zapraszamy z Kingą na egzotyczne spotkanie z Kielcami!