?>

Skorpion vs pizza – Dear Bangkok, hope to see you soon!

Do Bangkoku dotarliśmy około godziny 17, od razu wskoczyliśmy w taksówkę i popędziliśmy na Khaosan Road gdzie mieliśmy spędzić noc. Nie ma to jak spanie na najgłośniejszej i najbardziej rozrywkowej ulicy w mieście 🙂 Bez większych problemów odnaleźliśmy nasz hostel, w którym szybko ogarnęliśmy się i wyskoczyliśmy na małe zakupy i przy okazji coś zjeść 🙂 W pociągu nie brakowało nam szamki, ale na tamtejsze jedzenie jesteśmy wyjątkowo zachłanni 😀 Po obejściu ulicy, obkupieniu się w parę (naście) rzeczy, ostrym targowaniu, stwierdziliśmy, że już trzeba coś spałaszować 🙂 Zaczęliśmy szukać jakieś knajpy godnej naszych żołądków 😛 Szybko okazało się, że najrozsądniej byłoby rozejrzeć się za pierwszym wolnym miejscem. Jest i ono, pośród bansujących shemale’ i na samym środku Khaosan Road. Zasiadamy, wjeżdżają przystawki. Zaczynamy egzotycznie, skorpion na patyku. Twarze wokół wykrzywiają się w grymasie, nawet skośni wyglądają na zniesmaczonych. Raz się żyje, w końcu to ostatnia noc w Bangkoku 🙂 Pierwszy kęs należy do JJ

Ta kobieta niczego się nie boi! 5 min., 10min., 15min., dalej siedzi. Rzucam się na pozostałości i łykam je jednym kęsem 😀 szalu nie ma… Tak można krótko skomentować nasz wybór. Smaku brak, mięsa też, za to pancerzyk uzupełnił każdą dziurę między zębami. Czas na coś bardziej sycącego 🙂 Kolejne godziny tylko utwierdziły nas w przekonaniu, że ta noc należy do nas 😛 czy to ten skorpion?! Coś z nim było nie tak?! 😀 Po daniu głównym, tanecznym krokiem opuściliśmy naszą knajpę i stylem tysiąca piruetów ruszyliśmy…

Całą ulicę przemierzyliśmy tańcząc i śmiejąc się 🙂 Niewiele mieliśmy do gadania, prowadziły nas nogi, a doprowadziły nas nie byle gdzie. W miejsce, w którym brzmienie odbiegało zasadniczo o tego, co reprezentowała sobą reszta Khaosan Road. Zgodnie stwierdziliśmy, że właśnie w tym miejscu pokażemy jak się bawią vagabundospolacos 😀 Jak się później okazało przykuliśmy większą niż nam się dotychczas wydawało uwagę tańcząc na środku ulicy. Zostaliśmy rozpoznani przez grupkę Szwedów i okrzyknięci najbardziej zakochaną parą w Bangkoku 😛 skoro tak nam słodzą to stwierdziliśmy, że warto coś razem chlapnąć hahahahaha 😉 zabawa nie trwała zbyt długo, ponieważ dj zawinął się koło 23. Nie daliśmy za wygraną, zwłaszcza Filip, jemu po paru(nastu) drinach nawet dicho-techo wjeżdżało wyśmienicie 😀 ku mojemu nieszczęściu wypatrzył najgorszy balet z możliwych i pomimo moich protestów uparcie jak osioł podążał w jego kierunku. Nie dość, że wjazd kosztował po 3 dychy od osoby, co jak na tajskie ceny jest złodziejstwem to jeszcze zabawiliśmy tam tylko 15 minut. Może to i dobrze, bo Justynkę sama muza przyprawiała o palpitacje serca 😀 Filipek po uprzednim zaliczeniu betonu (ślisko było c’nie 😛 ) wyszedł z obstawą, a ja chcąc nie chcąc podążyłam za nim 😀 poszliśmy na chatę, w sumie to nie mieliśmy wyjścia, bo wszystko dookoła było już pozamykane. Jak zwykle ambitnie podeszliśmy do zagadnienia, wciąż mając w planach poranną wyprawę do Kanchaburi, co oznaczało pobudkę za około 4 godziny. Nie wyszło. Nie będziemy komentować naszego cudownego poranka… Kiedy wygrzebaliśmy się z hotelu koło południa nie pozostało nam nic jak w końcu wybrać się po jakieś pamiątki, a uwierzcie że zarówno mentalnie jak i fizycznie nie byliśmy na to gotowi. Siłą woli ruszyliśmy buszować, najpierw po straganach, a później po centrach handlowych. Przy życiu trzymała nas kawa mrożona i świeże soki 😀 po tych przejściach nie pozostało nam nic innego jak zawinąć graty i udać się do hotelu na ostatnią noc w Tajlandii. Jak nam się wcześniej wydawało zagraliśmy taktycznie. Lot do Polski mieliśmy jakoś o 6 rano tak, więc postanowiliśmy ulokować się w hotelu przy samym lotnisku. Wszystko spoko, hotel klasa jak na Azję jednak posiada zasadniczy minus, brak restauracji, kafejki czy ulubionej garkuchni gdzie można byłoby coś zjeść. Postanowiliśmy poratować się pizzą i nie wszystkim wyszło to na dobre 😀 paradoksem jest to, że przez praktycznie 5 tygodni jedliśmy wszystko i wszędzie (obstawiamy, że do połowy tych miejsc wiele osób nawet by nie weszło), a w ostatni dzień Filipek przegrał z pizzą 😀 i takim oto kulinarnym aspektem zakańczamy pobyt w Tajlandii. Kolejny przystanek – Doha.