?>

Qatar? No to przekichane…

Nieszczęśliwi i lekko zmęczeni dotarliśmy do Qataru, gdzie czekało nas dłuższe międzylądowanie. Mieliśmy 10 godzin wolnego czasu i postanowiliśmy wyłonić się z lotniska. Zakupiliśmy wizy za ok 100 pln na głowę i pognaliśmy na postój taksówek żeby udać się do centrum Doha. Postanowiliśmy najpierw coś zjeść, a później ruszyć na małe zwiedzanie okolicy. Miasto nie zachwyciło nas niczym specjalnym, poza kilkoma wieżowcami nie ma tam nic ciekawego. Najbardziej przyjaznym miejscem dla nas okazał się deptak nad brzegiem morza, którym mieliśmy zmierzać w stronę airportu.

image

Później okazało się, że nie dotarliśmy do najstarszej części miasta która być może okazałaby się warta pieniędzy wydanych zarówno na wizę jak i taksówkę. Niestety nie wiedzieliśmy o niej gdyż podeszliśmy do Kataru dość pobłażliwie i nie zgłębiliśmy żadnego przewodnika. Nasz błąd ale być może będzie jeszcze ku temu okazja aczkolwiek nie wiemy czy będziemy chcieli wywalić tyle kasy akurat na to miasto. Oprócz kilku modernistycznych budynków oraz dość średnio przyjaźnie nastawionych mieszkańców (pomimo naszego konserwatywnego ubioru) nie znaleźliśmy tam nic godnego uwagi. Aczkolwiek może jesteśmy  po prostu spaczeni po wizycie w Tajlandii haha 😀 natomiast w drodze powrotnej zaintrygował nas dość niecodzienny jak na daną lokalizację widok… Otóż w kraju o bardzo rygorystycznych normach kulturowych, nagle naprzeciwko nas w środku dnia pojawia się para czule trzymających się za ręce, zakochanych lokalesów. Bang! Dwóch panów ubranych w „odświętne” białe sukienki sunie w naszą stronę. Minęli nas bez skrępowania, za to my wielokrotnie obracaliśmy się za siebie sprawdzając czy aby na pewno alkohol wypity w Azji nie siadł nam na oczy 😛 Ale to nie koniec rewelacji, na lotnisku czekał nas kolejny „wynalazek”. Zważając na to iż nie zabawiliśmy tam zbyt długo zostało nam parę godzin do zagospodarowania . Zmęczeni zarówno lotem jak i wrażeniami stwierdziliśmy że najlepsze miejsce dla nas to „silent area”. Silent to kur… było na początku… Ledwo usadowiliśmy się na leżankach to jakiś podekscytowany ziutek bardzo chciał umilić nam odpoczynek śmiejąc się na głos do komputera jak głupi do sera. Ufff przestał, tak się zmęczył że aż zasnął. No to siup, odpoczywamy i my, leżakowanie czas zacząć. Ale nie… Kolejny zwolennik „silent room’u” wkroczył do akcji. Zaczął od kilku pojedynczych chrząknięć, aby po chwili rozkręcić się na dobre. Delikatnie rzecz ujmując spod serca zbierał co najlepsze, aby po chwili to przełknąć i dalej kontynuować swój koncert. Fuj, szczyt obrzydlistwa został osiągnięty. Basta, idziemy na fajkę i pobujać się dookoła byle tylko dotrwać do odlotu. Qatar – po prostu przekichane!