?>

Pożegnanie z wyspami

Nie ma to jak kacowe poranki, przed podróżą 🙂

jak zawsze w tego typu sytuacjach zebraliśmy ostatki sił witalnych i przystąpiliśmy do ekspresowego pakowania. Po chwili zjawił się nasz transport, dzięki któremu mieliśmy dotelepać się na drugą stronę półwyspu, aby dalej popłynąć już promem:))) tak właśnie promem na kaca… Naszym celem była tak zwana „wyspa żółwia”, czyli Koh Tao, a dzieliły ją od nas jakieś 4 h morzem. W tłumie ludzi udało nam się wyrwać miejsca w środku, zaraz przy oknie. Standardowo sprawdził się nasz stały system, że kiedy jedna osoba stara się ulokować bagaże to druga już zajmuje miejsce w kolejce. Zakupiliśmy kilka kanapek, żeby nie płynąć z pustymi brzuchami i heja. Jak zwykle grzanie jednego miejsca szybko nam się znudziło 😛 postanowiliśmy pograsować po łodzi w poszukiwaniu ciekawych widoków i  czegoś do roboty. Postanowiliśmy zacumować na samym tyle, gdzie w słoneczku  z changiem w ręce obserwowaliśmy nie tylko krajobrazy, ale również widoki natury bardziej ludzkiej. Co poniektórzy stanowczo huczniej spędzili zeszłą noc, co widać było po licznych ranach, jakie odnieśli. Jednak nawet Ci, którzy wyglądali na spokojniejszych nie uchowali się przed „zemstą Posejdona”. Po chwili duża część współtowarzyszy podroży toczyła bardzo zaciekły bój o wolną łazienkę. Po drodze mijaliśmy 2 wyspy, pierwsza Koh Samui, a następnie Koh Phangan słynącą z full moon parties. Kiedy cześć pasażerów opuściła pokład, zrobiło się luźniej i udało nam się przejąć wielka skrzynie, gdzie można było się położyć i w spokoju doczekać swojego portu. A tam standardowo komitet powitalny :

DSC_0409 (2)

zmęczeni wraz ze świeżo poznanym ziomkiem wpakowaliśmy się na pick up’a który zawiózł nas pod hotel. Od samego początku wiedzieliśmy, ze Koh Tao może bardziej nadszarpnąć nasz budżet jednak już cena taksówki upewniła nas, ze tanio to tu cholera nie będzie. Mała powierzchnia wyspy dodatkowo uniemożliwiała uprawianie naszego ulubionego sportu, czyli targowania gdyż wszyscy na niej byli dogadani żeby nie schodzić z cen i tłamsili nas w przedbiegach 😀 zmachani trudami noworocznej podroży polegliśmy zaraz po wdrapaniu się do naszego domku. Dopiero po poranku doceniliśmy urok miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Wszystkie domki usytuowane były na ostrym wzgórzu, do których prowadził labirynt wąskich alejek i schodków. Po drugiej stronie ulicy, na samej plaży znajdowało się nasze „all inclusive”, czyli niezbyt tania restauracja i wypożyczalnia skuterów, do której zaraz po śniadaniu skierowaliśmy swoje kroki.

Skutery stały się nieodłącznym elementem naszego podróżowania, oprócz samej przyjemności zapewniają ogromna swobodę 🙂 tym razem nasz skuter, a raczej jego kola nieco odbiegały od wcześniejszych wersji, cienkie oponki zamieniły się w „traktorki”. Tak naprawdę później doskonale wiedzieliśmy dlaczego było to niezbędne posunięcie 😀 postanowiliśmy zrobić ogólny rekonesans wyspy i wyruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś mało komercyjnej plaży. Pierwszy strzał okazał się mało trafny, plaża była brudna, nieciekawa plus nie można było wnieść na nią żadnych napojów czy jedzenia. Za to droga na nią okazała się bardzo wymagająca, górzysta, plus niektóre jej odcinki to sam piasek, a to dopiero przedsmak szalonych rajdów, jakie odbyliśmy na wyspie. Postanowiliśmy uderzyć w przeciwnym kierunku i zaatakowaliśmy port plus centrum. Tam pobujaliśmy się po okolicy, pobuszowaliśmy po straganach, i podjęliśmy decyzje ze dziś pokręcimy się w pobliżu, a jutro popłyniemy na cały dzień na Koh Nanguyan. Zakupiliśmy niezbędny osprzęt 😉 i postanowiliśmy spędzić resztę wieczoru na naszej mini plaży przy restauracji hotelowej, aby na koniec zjeść w niej kolacje. Kelnerem okazał się lokalny poliglota. On serwował nam lokalne przysmaki, a my dawaliśmy mu lekcje języka polskiego ( wcale nie uczyliśmy go przekleństw :P) szło mu naprawdę nieźle 🙂 wyczerpani dawką wiedzy, jaką przekazaliśmy świeżo poznanemu koledze, po kolacji postanowiliśmy udać się do lóżka, rano przecież czekała nas wyprawa na rajska wyspę 😀  o poranku dosiedliśmy naszą terenową hondę i popędziliśmy w stronę portu gdzie zamierzaliśmy wykombinować jak najtańszy transit na wyżej wspomniana wyspę. Sprawa okazała się niezbyt trudna, gdyż zaraz zaroiło się od chętnych do organizacji naszego wypadu. Zagadaliśmy z najmniej nachalną osobistością, i po twierdzących odpowiedziach na wszelkie nurtujące nas zagadnienia wyruszyliśmy do łodzi, gdzie standardowo okazało się ze wycieczka całkowicie odbiega od prywatnej i mimo zapewnień ze płyniemy sami okazało się, ze towarzyszy nam zaledwie 8 osób. I tak nieźle 😀 jedyne możliwe miejsca były na dziobie, gdzie nieustanie my i nasz sprzęt doznawaliśmy konkretnego orzeźwienia, zalewani hektolitrami wody morskiej. My wyszliśmy calusieńcy przemoczeni, a o dziwo cały sprzęt elektroniczny nie poległ na polu walki:) zaopatrzono nas w wątpliwej jakości sprzęt do nurkowania, który prawie unicestwił mi męża 😀 Anyways 🙂 nie dostaliśmy nawet pletw do nurkowania. Okazało się później, ze na Koh Nanguyan można nurkować, ale bez pletw 😀 wyspa jest prywatną własnością ( jeszcze nie naszą) i za wstęp na nią trzeba wybulić około 100 bahtow za osobę, znajduje się na niej jeden bar plus punkt widokowy. Gdyby nie ogromne ilości turystów sceneria jest istnie rajska.

 Tak naprawdę są to tak jakby 2 wysepki połączone wąskim pasem plaży, gdzie zalegają wszyscy przyjezdni. Dość sympatycznym punktem pobytu jest wdrapanie się na punkt widokowy skąd można podziwiać naprawdę wyjątkową panoramę.

DSC_0394

Dla turystów wyspa zamykana jest o godz. 17.00 tak, aby ludzie spędzający pobyt w jedynym wybudowanym tam resorcie mogli  nacieszyć się jej pięknem i prywatnością. Po powrocie do portu udaliśmy się z powrotem na nasza mini klimatyczna plażę gdzie zamierzaliśmy spędzić resztę wieczoru. Na samym początku towarzyszyły nam 3 zacnie zgrzybione koleżanki, które po odstawieniu kilku tańców zawinęły manatki i pozostawiły cały teren pod naszą opiekę. Upojna, ciepła noc plus flakon czerwonego wina skusiły nas do kąpieli, która niebawem zamieniła się w istne polowanie na turystów. Podczas kiedy ja grzecznie moczyłam się na brzegu Filip przemienił się w krokodyla. Woda zaledwie do polowy uda nie przeszkadzała mu w potajemnym skradaniu się i atakowaniu niczego niespodziewających się przechodniów 😀 jednak najlepszy ubaw mieli ludzie siedzący w rastabarze, którzy lekko z góry obserwowali tą szopkę, nie omieszkali nagrodzić nas gromkimi brawami i śmiechem kiedy po dłuższym polowaniu udaliśmy się do naszego domku 🙂 ponieważ postanowiliśmy dzień dłużej zostać na Koh Tao, rano czekała nas epicka przeprowadzka skuterem na drugi koniec wyspy. Sprawa nie była prosta gdyż musieliśmy przewieźć cały dobytek plus siebie, a jak się później okazało droga ta wymagała niecodziennych umiejętności. Tak jak wcześniej wspominaliśmy grube opony były niezbędne albowiem dojazd był utrudniony przez piach i liczne serpentyny biegnące czasem nawet pod katem około 50 stopni. Musieliśmy machnąć 3 kursy, ale to co czekało nas w kolejnym hotelu było definitywnie warte tej jazdy. Był to najdroższy z naszych noclegów w Azji, wyniósł nas około 100 pln za noc jednak był tego warty i z ręką na sercu możemy polecić to miejsce. Resort składał się z rozmieszczonych tak jakby w dżungli domków plus hotelu z basenem i przeogromna jak na Koh Tao piaszczysta plaża. Każdy z domków był ładnie urządzony plus zaopatrzony w kawę, herbatę i inne pierdoły.

DSC_0399

Dodatkowo rano nad basenem, który znajdował się na plaży serwowano przepyszne śniadanie w formie bufetu. Ogólnie bajka! Niestety nie mogliśmy za długo się tym nacieszyć gdyż popołudniu musieliśmy udać się z powrotem do portu, aby złapać prom do Chumphon. Po uroczym śniadaniu uderzyliśmy na plażę pograć sobie we frisbee i popływać po raz ostatni gdyż trzeba było finalnie pożegnać wyspy.

Niestety w trakcie naszej sielanki zaczął kropić deszcz, nie było nam to na rękę gdyż jazda skuterem z manelami po wyżej wspomnianej drodze wydawała się niemal niemożliwa. Postanowiliśmy ze jedno z nas pojedzie pickupem zabierając wszystkie rzeczy, a drugie pojedzie skuterem żeby go oddać i spotkamy się w porcie. Tutaj z pomocą przyszła nam obsługa hotelu, powiedzieli żebyśmy zostawili im rzeczy i pojechali we dwójkę, a oni o określonej porze podrzucą nam plecaki do portu. Kiedy chcieliśmy zapłacić za tą podwózkę tak jak za taksówkę oni powiedzieli, ze nie chcą żadnej kasy wiec wystartowaliśmy 🙂 po szczegółowych oględzinach pan z wypożyczalni stwierdził, że nie popsuliśmy jego super machiny i puścił nas wolno do portu 😛 po drodze napotkaliśmy szalonego gibona, który pomimo, ze był na uwięzi nie przeszkadzało mu to w okazaniu swojej dzikiej natury.

DSC_0405

Po krótkiej obczajce wariata ruszyliśmy w stronę portu, gdzie po szybkim curry odebraliśmy bagaże i wbiliśmy się na prom do Chumphon.

DSC_0410 (2)