?>

Piquo Conquistado

Budzik chyba też poczuł się wakacyjnie, nie zadzwonił przez co chyba wstaliśmy godzinę później niż zamierzaliśmy. Chociaż tak naprawdę do końca nie widzieliśmy która jest godzina ponieważ nasze zegarki fiksują na Teneryfie. Tak czy siak czuliśmy się spóźnieni, a przecież nie wolno tak lekceważyć przeciwnika 🙂 opierdzieliliśmy „słoneczne” śniadanko i na prędko zaczęliśmy organizować naszą dwudniową wyprawę. Najtrudniejsze było logistyczne rozmieszczenie zapasów ze względu na nasze przymałe i lekko rozklekotane plecaki. Jak tu zmieścić 5,5 litra wody, 2 długie bagietki przerobione na kanapki, ciastka, nutellę, orzeszki, chińskie dania, kurtki, szaliki, czapki, rękawiczki, kamery, statyw, aparat i wiele innych w 20sto i 35cio litrowym plecaku?! 😀 no cóż oznacza to tyle, że kolejna rzecz doszła do listy naszych zakupów powrocie 🙂 tymczasem musieliśmy korzystać z tego co mamy, jakoś nam się udało 🙂 fuksem udało nam się zaparkować pod samym szlakiem. To co się nie zmieściło spakowaliśmy w reklamówki i przyczepiliśmy je do plecaków. Jak stare Cygany wyruszyliśmy w drogę.

Na początku szlak piął się łagodnie w górę, a krajobrazy były… Hmmm (siedzimy, siedzimy i próbujemy wymyślić) po prostu zajebiste! 😛

DSC_0353

DSC_0360

DSC_0363

Dotelepaliśmy się do Montana Blanca i się zaczęło… Ostro… Oj ostro w górę! Strome zygzaki nie miały litości … Jak wracaliście do domu kiedyś stylem węża to wiecie ocb. Wyobraźcie sobie jeszcze, że wasz wąż snuje się prawie pionowo w górę i to na trzeźwo… 😀 dodatkowo wysokość n.p.m. robiła swoje.

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DSC_0366

Jednak na szczęście oprócz przyśpieszonego bicie serca nie odczuwaliśmy jej żadnych negatywnych skutków, co mile nas zaskoczyło 🙂 w końcu, po podejściu, które zdawało się nie mieć końca udało nam dostać do refugio de altavista, gdzie mieliśmy spędzić noc przed atakiem szczytowym. Schronisko to otwierane jest dopiero o godzinie siedemnastej natomiast pokoje dostępne są od dziewiętnastej. Wcześniej dostępny jest jedynie hala główna wraz z automatami do kawy, ku naszemu zdziwieniu nawet łazienki są wtedy zamknięte. I kur… Ten kominek na kłódkę… 😀 szybko zdaliśmy sobie sprawę że nie ma nawet jeszcze piętnastej więc nie pozostało nam nic innego jak walnąć się w kimę na dostępnej kanapie. Zimno, już jest bardzo zimno… co będzie dalej?! Około godziny siedemnastej zaczęli schodzić się ludzie i najechał kolo od rezerwacji. Finalnie wiązało się to również z otworzeniem kuchni więc nie omieszkaliśmy opierdzielić swoich chińskich dań i zaparzyć herby 😛

DCIM100GOPRO

Jeśli chodzi o towarzystwo to najechała grupa helmutów, kilku francuzów i norweg. Przejdźmy do noclegów, o sweet romantycznych dwójeczkach możecie zapomnieć , ale przecież nie o to tu chodzi. Zamiast tego w pakiecie awanturna francuska, chrapiąca niemra i około ośmiu innych gagatków czyli słodka gromadka śpiąca na obozowych pryczach. W sumie to chyba tylko oni kimali, nam było trudno zasnąć na takiej wysokości, albo mi przy ekspansywności Justynki 😛 bo zapomnieliśmy wspomnieć o fakcie że my zajęliśmy tylko jedną pryczę, a policzyli nas za dwie hahaha, nie no my się po prostu nie rozdzielamy 😛 Ale nie omieszkaliśmy podpiździć dwóch kołder i poduszek 🙂 się należało co nie 😀 Z samego rana budzi nas lekki warkot, znowu niemra… Zadziałała lepiej niż nasze budziki 🙂 w ciemność wymacaliśmy cały nasz ekwipunek który miał zarezerwowaną górną prycze i udaliśmy się na dół żeby przygotować się do wymarszu. Było około piątej a my w pośpiechu staraliśmy się zamontować na sobie wszystkie niezbędne sprzęty, patrz przed plecaki z reklamówkami i czołówki 😀 łatwo kur… nie było. Plusem było to że połowa chińszczyzny wyjechała już z naszych plecaków w ciepłe ciuchy wylądowały na garbach. Piździ jak w kieleckim, ciemno jak w D, komu w drogę temu czas 😛 Zaczynając od faktu że szlak był ledwo widoczny my i tak postanowiliśmy wytoczyć swój, a za nami wyruszyła nieświadoma tego faktu grupa obcokrajowców 😀 skończyło się na wspinaczce po osuwających się skałach, dobrze że było ciemno przynajmniej nie widzieliśmy zagrożenia dookoła 😛 po dotarciu do prawie pionowej ściany postanowiliśmy powrócić/odnaleźć wytyczony szlak. Wiązało się to z przejściem przez wąwóz, który okazał się jeszcze cięższą drogą, ale udało się. Grupa podążająca za nami odetchnęła z ulgą, chyba nieco urozmaiciliśmy im wycieczkę 😀 skupieni aby znów nie zgubić szlaku podążaliśmy w górę. Wraz ze zwiększającą się wysokością temperatura spadała coraz niżej. Zaczynało świtać kiedy doszliśmy do górnej stacji kolejki Telefrico, wiedzieliśmy że przed nami finalne podejście. Widoki były spektakularne, byliśmy ponad chmurami i już wtedy wiedzieliśmy, że były one warte każdej kropli potu wylanej podczas wspinaczki 🙂

DCIM100GOPRO

DSC_0380

DSC_0406

 Za chwilkę mieliśmy być jeszcze wyżej 😛 przy samym wierzchołku pizgawica osiągnęła poziom krytyczny, było około -2 stopni, ale wiatr znacznie pogarszał sprawę i znacząco utrudniał zachowanie pionu :/ jedynym ratunkiem była siarka wydobywająca się z wulkanu. Nie omieszkaliśmy wygrzać tam skostniałych witek. Niestety wszechobecne zimno nie dało nam się nacieszyć naszym zwycięstwem, weszliśmy najwyżej jak się dało cyknęliśmy kilka fotek i popędziliśmy na dół czym prędzej.

DSC_0401

DSC_0403

DSC_0399

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO
Na szczycie!!! 🙂

Nie da się opisać słowami uczucia, które towarzyszy człowiekowi podczas wejścia na tak dużą wysokość, trzeba to po prostu przeżyć. Na pewno jest to radość, poczucie niesamowitej wolności i przede wszystkim głód na więcej! Człowiek tak jakby dostawał kopa, który motywuje go do działania, wtedy zdaje sobie sprawę, że nie ma rzeczy niemożliwych 🙂 my wybraliśmy już kolejnego przeciwnika, i to całkiem niedaleko, ale nie będziemy zapeszać 😛 wracając do powrotu, ze względu na to, ze ja uszkodziłam sobie nogę postanowiliśmy zjechać na dół kolejką. Nie przewidywaliśmy takiej opcji, wiązała się ona z potrzebą odbycia jeszcze jednej wycieczki po samochód, który zaparkowany został dużo dalej niż stacja kolejki. Ze względu na kontuzję Justynki postanowiłem sam popędzić po auto żeby jej nie przeciążać i przyśpieszyć proces ewakuacji z parku 😀 po 30 minutach brawurowej akcji zajechałem po swoją Żonkę, zapakowaliśmy się do naszej srebrnej strzały, odpaliliśmy na full Pendulum i dumni jak cholera popędziliśmy na północną stronę wyspy 🙂

DCIM100GOPRO

DSC_0440

DSC_0005

DSC_0426

DSC_0429

DSC_0017

 Postanowiliśmy kierować się w stronę plaży ponieważ jak do tej pory widzieliśmy ją jedynie z samolotu. Padło na playa del Teristas w okolicy San Andres. Postanowiliśmy pozipować w słońcu do 16tej, gdyż dopiero koło 17tej mieliśmy zawitać do nowego lokum.

DSC_0022

DSC_0026

Droga do naszej chatki oczywiście nie obyłam się bez komplikacji. Od razu zaczęliśmy z grubej rury… Pierwszym naszym celem były zakupów super dino. Schody zaczęły się podczas poszukiwania parkingu. Ale udało się znaleźliśmy go. Niestety okazało się że nie jest to parking dino , ale podziemny parking w prywatnym apartamentowcu. Kiedy w lusterkach zauważyliśmy bramę zamykającą się za nami stwierdziliśmy że coś jest nie tak. Łatwo było wjechać do środka, zagwozdka pojawiła się podczas wyjazdu. Brak pilota okazał się kluczowym problemem 😀 Ale co to dla nas takie problemy postanowiliśmy rozpracować je manualnie. Podeszliśmy do zagadnienia jak prawdziwi inżynierowie. Ku naszemu zdziwieniu szło opornie, rozwiązaniem okazał się niepozorny łańcuch, początkowo zawinięty w supeł którego również nie omieszkaliśmy rozpracować. Trzeba było się namachać, ale czego się nie robi dla wolności 😀 przejdźmy do kolejnego etapu naszej przygody. Sielankowe zakupy tylko zmniejszyły naszą czujność. Kiedy wsiedliśmy do auta gotowi na dalszą podróż nasz telefon, na którym po pierwsze zanotowane były wskazówki dojazdu plus telefon do właściciela chatki oczywiście musiał się rozładować. Mało tego, pozostałe 2 telefony również żądały prądu… Wakacje to wakacje, dla nich rownież 😛 spóźnieni i zrezygnowani postanowiliśmy zajechać do La Laguny na kawę (i ładowanie telefonu). Ufff znowu się udało 😀 barista aka rzeźnik, nie dość że zaserwował nam przepyszne barranquito, podładował spragnioną prądu nokię, a na dodatek zaprezentował kanaryjską szkołę obrabiania udźca. Nie wiemy jeszcze jakiego pochodzenia aczkolwiek musi być tu dość popularny gdyż jest po prostu wszędzie, w sklepach ubierają go nawet w „ubranka” 😀 w sumie to właśnie dzięki wujkowi google już wiemy, że jest to szynka serrano 😀 Z BIAŁEJ ŚWINI tuczonej ziołami i korzeniami, A PONADTO suszonej specjalnymi, tradycyjnymi metodami 🙂 podróże kształcą 😛 wracając do tematu, po wypiciu kawy i odzyskaniu telefonu udało się finalnie zadzwonić do naszego gospodarza, który zmartwiony 40 min czekał na nas w lokalnej barówie 😀 razem udaliśmy się w stronę naszej nowej rezydencji. Tym razem czekała na nas przytulna, drewniana chatka na odludziu. Po dniu pełnym wrażeń nie pozostało nam nic więcej jak delektować się winkiem w blasku świec.