?>

Piejo kury piejo…

Standardowo nastawilismy budzik na godzine 7.30 tak zeby spokojnie spakowac rzeczy i przygotowac sie na dwudniowy trekking o godz. 9.00. Jak to u nas bywa wstalismy o 8.40 馃榾 my po prostu cwiczymy szybka mobilizacje, jak w wojsku 馃槈

zapakowalismy plecaki i zeszlismy na dol, skad mial nas odebrac kierowca. Na parterze czekala juz parka z Anglii, ktora rowniez wybierala,sie w gory. Na nasze szczescie, pojecie czasu w Tajlandii jest dosc wzgledne i transport zjawil sie o 9.30. Po drodze dolaczyla do nas jeszcze para z Holandii oraz dwoch przyjaciol z Niemiec i taka wlasnie europejska ekipa wyruszylismy w trase. Pierwszym przystankiem byla farma motyli i orichideii, ktora nie zrobila na nas szczegolnego wrazenia tak samo jak market, na ktorym zatrzymalismy sie, aby zrobic zakupy. Nastepnie udalismy sie w tereny gorskie, gdzie zaczela sie wlasciwa czesc wycieczki. Etap nr 1 – rajd na sloniu. Slonie byly cudowne, ale od samego poczatku wiedzialy czego chca, bez bananow i masazu ani rusz:))

image

nakarmiwszy slonie, przetransportowalismy sie w jakiejs dziwnej klatce na druga strone rzeki zeby napelnic swoje brzuszki. W menu, smazony ryz z kurczakiem podany w bambusowym lisciu. Wcinajac przysmaki zauwazylismy parke turystow, dla ktorych jak pozniej sie okazalo zabawa byla wazniejsza niz dobro zwierzat. Wszystko zaczelo sie od niewinnej kapieli ze sloniem w wyzej wspomnianej rzece. Slon tak komfortowo poczul sie w wodzie, ze nie chcial wstac kiedy tego od niego oczekiwano, wtedy wlasnie zabawa przestala byc zabawa… Wlasciciel slonia nie mogac wymusic na nim posluszenstwa postawil na bardziej drastyczne metody, mianowicie poszarpal go mini wersja kosy… Od razu musielismy odwrocic wzrok, cala nasza grupa poczula ogromny niesmak i zlosc. Poczulismy sie winni, ze w ogole bralismy udzial w przejazdzce na tych wdziecznych zwierzetach. Pogon za pieniadzem doprowadzila ludzi do przekraczania granic i robienia rzeczy, ktore nigdy nie powinny miec miejsca. Co prawda, sama przejazdzka nie czyni im krzywdy, gdyz dla tak duzych zwierzat nie jestesmy ciezarem jednak sposob w jaki sa one traktowane przez ich „opiekunow” jest karygodny. Smutne. Po lunchu ruszylismy w gory. Bylo piekielnie goraco, a trasa okazala sie dosc ciezka przeprawa, gdyz praktycznie cala wiodla pod ostra gorke. Jedynym ukojeniem okazal sie cien rzucany przez korony drzew. Podczas wedrowki organizowalismy sobie zawody w strzelaniu z procy badz trawy:)

wyloniwszy sie z lasu, na szczycie dojzelismy wioske, ktora miala byc naszym domem na kolejna noc. Bylo to skupisko kilku prostych chat z bambusa bez pradu zadaszonych trzcina, a wszedzie dookola blakaly sie psy, koty i koguty. I wlasnie jedna z tych chat okazala sie domkiem dla calej naszej osemki. W srodku kilka zwyklych mat z poduszkami i moskitiery.

image

image

image

image

Rzucilismy plecaki, zasiedlismy przy stole na zewnatrz w oczekiwaniu na kolacje, ktora robil nasz przewodnik wraz z mieszkanka wioski. Widok z gory byl naprawde imponujacy. Okolo godziny 18 wspolnie usiedlismy do „tajskiego” stolu, bylo duzo smiechu, opowiesci i wlasnie wtedy stwierdzilismy, ze trafila nam sie naprawde swietna ekipa!

Kazdy z nas juz od dawna marzyl o prysznicu, ktory stadardowo byl w wresji 2w1, czyli dziura w ziemi z wiadrem do splukiwania nieczystosci plus prysznic, woda okazala sie lodowata. W miedzyczasie zrobilo sie naprawde ciemno, a po okolo godzinnym posiedzeniu przy swieczkach stwierdzilismy, ze czas polozyc sie spac. Tymbardziej, ze bardzo chcielismy wstac na wschod slonca o 5.30. Jednak obudzilismy sie juz o godzinie 2, a dlaczego!? Kuraki! Postanowily dac koncert nieco wczesniej niz to robia to ich polscy bracia :/ no i co… Zaspalismy na wschod. Na nasze szczescie okazalo sie ze nic nie bylo widac, o czym nie omieszkala nas poinformowac reszta grupy, ktora dzielnie koczowala na ganku okolo godzine. Sniadanko, nieco skromniejsze niz wczorajsza kolacja zostalo podane okolo 8. Zaraz po posilku ruszylismy w strone wodospadu, ktory okazal sie strzalem w 10tke.

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Pomimo zimnej wody wpadlismy tam jak banda dzikusow. Afera, bicze wodne, nurkowanie, wyglupy, wywrotki, taka sytuacja. Kiedy poszlismy sie suszyc najechaly 2 kolejne ekipy, chyba przytloczylismy ich naszymi harcami, gdyz tylko kilka osob zdecydowalo sie wejsc do wodospadu. Zrobilo sie tloczno na brzegu, bylismy zadowoleni ze udalo nam sie tam dotrzec przed reszta ludzi. Po kolejnej godzinie marszu dotarlismy nad rzeke zeby zapakowac sie na pontony i splynac w dol.

image

image

Okazalo sie to najmniej eksycytujaca czesc wyprawy (zaraz po farmie motyli) tak wiec zawiedzieni skupilismy sie na podziwianiu widokow. Z pontonu przerzucilismy sie na bambusowe tratwy, aby siedzac po pepek w wodzie doplynac do miejsca, gdzie przygotowywano dla nas lunch. Tym razem nam sie nie przyfarcilo, glownym daniem bylo padthai. Za to atrakcja okazal sie bansujacy kogut:) po obiadku wrocilismy na chate uciac sobie drzemke zeby wieczorem uderzyc w miasto. Zaczelismy od kolacji, aby wieczor zakonczyc na gali tajskiego boksu. Zgodnie stwierdzilismy, ze dziewuchy sa bardziej zaciete, jednak najbardziej podobala nam sie ostatnia walka, gdzie widac bylo lepszy poziom zawodnikow. Zaraz po gali ucieklismy do domu wierzac, ze tym razem naprawde uda nam sie wstac zgodnie z planem.

image

Tym razem opoznienie wynioslo nic nie znaczace pol godziny 馃槢 przynajmniej tak nam sie wtedy wydawalo:) zapakowani w taxi jak sardynki (11 osob plus kierowca) wyruszylismy w gore w kierunku Doi Suthep, gdzie czekala na nas zlota stupa:) poswiata byla tak mocna, ze nawet nasze ukrainskie RayBany nie daly rady tego udzwignac. Nie da sie ukryc swiatynia byla imponujaca, a wszedzie dookola roilo sie od dzieciakow zbierajacych pieniadze i wyludzajacych drobne nawet za zrobienie sobie zdjecia.

image

Zwiedzanie zakonczylismy grillowana wieprzowinka, kukurydza oraz swiezo otwartym kokosem. Po drodze do hotelu wyskoczylismy jeszcze zrobic sobie zdjecia do wizy gdyz na nastepny dzien startowalismy do Laosu. I wtedy wlasnie popelnilismy kolejny blad. W centrum handlowym skusil nas supermarket, ktory przy kasie okazal sie rowniez super drogi. Za bagietke, serek, sok i dwa jablka zaplacilismy prawie 40 zlotych, gdzie normalnie za ta kwote zywimy sie przez dwa pelne dni. Pozniej w autobusie zajadalismy to ze smakiem haha! Po powrocie przystapilismy do pakowania i nagle okazalo sie, ze jest juz 12.40, a o 1 mielismy autobus do Chiang Khong. Sytuacja lekko patowa, ale jak zwykle z pomoca przyszedl nasz tajski kolega z hotelu. Szybciutko zamowil nam swojego super drivera i kazal mu mknac na dworzec nie zwazajac na nic, i tak tez sie stalo. Znowu wymijanki na trzeciego, czerwone swiatla, klaksony i cala reszta. Wyladowalismy na dworcu punkt pierwsza kiedy okazalo sie, ze zmieniono rozklad i mamy jeszcze 1,5 h do autobusu. Faaaarcik 馃榾 po 6 godzinach meczacej podrozy w chlodnym (18’C) autobusie dotarlismy do Chiang Khong, a nasz hotel okazal sie luksusuem w porownaniu do wczesniejszych. Wyskoczylismy jedynie cos zjesc i natrafilismy na jedyne, otwarte, uliczne stoisko, gdzie zaserwowano nam wypasna zupe. Dodatkowo wlasciciel chcial nas zaprosic na browarka do siebie, ale niestety nie moglismy skorzystac gdyz bylo juz bardzo pozno. Tym oto milym aspektem zakonczylismy jak na razie ostatni dzien w Tajlandii.

  • Wspanialy artykul. Ciesze sie natknalem sie na te strone. Doceniam wysilek wlozony w tworzenie bloga i czekam na aktualizacje. Pozdrawiam!