?>

Oj Manila, życia to Ty nie umilasz…

Po 6 godzinach wylądowaliśmy w Manili, była pierwsza w nocy i czas, żeby każdy uderzył w swoją stronę. Z częścią ekipy zgadaliśmy się, że nazajutrz jedziemy razem nocnym autobusem do Banaue. Postanowiliśmy więc przespać się i umówić na drugi dzień, żeby wspólnie spędzić popołudnie w Manili. Po ustaleniach ruszyliśmy w stronę wyjścia gdzie czekał już na nas właściciel Christopher B&B. Z tego całego szału zapomnieliśmy zahaczyć lotniskowy kantor, ale na szczęście wyżej wspomniany dżentelmen zatrzymał się przy bankomacie, z którego udało nam się wyciągnąć niebagatela 700 peso co starczyło idealnie na dwa browary i Mc Donalda 🙂 Jeśli chodzi o Manile to nasze pierwsze wrażenie delikatnie rzecz ujmując nie było najlepsze. Na pewno potęgował to fakt, że był środek nocy, dookoła mnóstwo ludzi, z czego większość to dzieciaki. Sama okolica wyglądała jak slamsy, a co jakiś czas spotkać można było solidnie uzbrojonych strażników. Po dotarciu do B&B odebraliśmy tylko klucze i poszliśmy spać. Po tylu godzinach podróży spało się nam tak dobrze, że zaspaliśmy na śniadanie. Z pokoju wraz z bagażami wygramoliliśmy się około 12, po czym zasiedliśmy w barze. Tam przy kawie i pieczonych bananach szperaliśmy w necie i ustalaliśmy miejsce spotkania z naszymi nowymi ziomami.

Finalnie padło na Greenbelt Makati. Najbardziej znane miejsce w Manili, a zarazem największe centrum handlowe. Zagadnienie okazało się jednak trudniejsze niż sądziliśmy, gdyż wystąpiły trudności komunikacyjne. Jeden telefon był rozładowany, drugi bez roamingu, a trzeci miał zbyt mało siana, żebyśmy zdążyli się dogadać co do miejsca, w którym jesteśmy. Taka sytuacja 😀 Nie pozostało nam nic innego jak poszukać miejsca gdzie coś zjemy i liczyć na fart, że się spotkamy 🙂 Później okazało się, że tak naprawdę byliśmy kilkanaście metrów od siebie 😀 Powoli zbliżał się czas, aby ruszać na stację. Po drodze postanowiliśmy zakupić starter GLOB i spróbować się jeszcze raz z nimi skontaktować, bezskutecznie. Warto wspomnieć co nieco o samym centrum Greenbelt. Z reguły unikamy tego typu miejsc, zostawiamy więcej przestrzeni dla rasowych "galerianów" 😀 jednak należy przyznać, iż jak na centrum handlowe jest to również miejsce w miarę przyjazne innym "gatunkom" 😛 Otóż kompleks składa się tak naprawdę z 5 dużych centrów, a na samym środku znajduje się patio. Jest to swojego rodzaju zielone serce, przepełnione egzotyczną roślinnością ze zbiornikiem wodnym na środku, otoczone różnego rodzaju knajpkami. Tak więc podczas, gdy wasze spragnione zakupów drugie połowy ruszą na polowanie wy spokojnie możecie wypić browara pod palmami, pobansować do technovixy, pomodlić się oraz dobrze i drogo zjeść 😀

Wracając do naszego nieudanego meetingu, po dotarciu na stację również nie zastaliśmy swojej ekipy więc wybraliśmy się na małe zakupy do sklepiku obok. Na szczęście nasi znajomi nie kazali nam długo na siebie czekać. Po około 30 min z uśmiechem na twarzy i flaszeczką rumu w ręku pojawili się w wejściu 😀 nie mogliśmy pozostać dłużni i droga też daleka ;P Punkt 22 wystartowaliśmy do Banaue.