?>

Niezorganizowana para kontra zorganizowane wycieczki…

Z samego rana, spakowalismy manatki i podekscytowani podroza na wyspy czekalismy na busa. Dzieki Krisowi udalo nam sie uniknac porannej wyprawy do Kampotu w celu lapania transportu do stolicy, zaoszczedzilo nam to godzinke spania 🙂 jak juz wczesniej wspominalismy, w Kambodzy ludzie sa dziwnie punktualni jak na Azje wiec kierowca pojawil sie na czas podczas gdy my jeszcze czekalismy na kanapki.

No problem powiedzial nasz domniemany drajwer i pojechal po reszte podroznych aby w koncu i nas zapakowac do rozklekotanego vana. Jak sie potem okazalo po 5 minutach szalenczej jazdy trzeba bylo umiejscowic sie w kolejnym szrocie 😀 podroz do Phnom Penh miala trwac okolo 5 godzin, a my mielismy zamiar wyskoczyc zaraz kolo lotniska zeby o 18tej leciec z Air Asia do tajskiego Krabi. Podroz uplynela nam szybciutko, glowne dzieki nowej znajomosci z para polakow zamieszkujacych chwiliowo Malezje. Z powodu slawnego nawyku upychania wiekszej ilosci ludzi jak miejsc dostepnych w aucie zostali oni rozdzieleni tak, ze polowe podrozy przegadalismy z Karolina, a druga opowiadalismy te same historie jej mezowi 😀 gdy dotarlismy w rejony lotniska, proces naszej ewakuacji poprzedzony zostal chwilowa eksmisja pozostalych pasazerow jak i bagazy. Udalo sie, wygramolilismy sie stamtad nie zostawiajac nic w srodku. Z plecakami ruszylismy na terminal, gdzie po 4 godzinach zaczela sie odprawa. Pierwszy mielismy lot do Bangkoku, gdzie 2 h pozniej wsiedlismy do samolotu na kolejna godzinke, aby w koncu wyladowac na Krabi. Stamtad juz tylko autobus, pol h piechota i hurra bylismy w swoim kolejnym pokoiku. Padlismy jak dzieci. O poranku wyruszylismy w poszukiwaniu naszej nowej gabarynki, a kiedy juz ja znalezlismy skierowalismy sie w strone Ao Nang na sniadanko. Kolejnym przystankiem miala byc plaza, ktora finalnie nie przypadla nam do gustu ze wzgledu na tlum ludzi i mala ilosc wolnego miejsca. Dlugo nie zastanawiajac sie ruszylismy dalej, w poszukiwaniu lepszej lokalizacji. Udalo nam sie znalezc ja pare kilometrow dalej po przejsciu przez park i przedostaniu sie na wyspeke. Mozliwe to bylo dzieki odplywowi, ktory obnizyl wode na tyle, ze w pewnym miejscu brodzac w morzu do polowy uda dalo rade sie na nia wgramolic. Tam w otoczeniu strzelistych klifow i zaledwie garstki ludzi postanowilismy spedzic popoludnie 🙂 wylegiwalismy sie w sloncu, plywalismy w wodzie cieplej jak zupa i napastowalismy okoliczne kraby oraz inne zyjatka 🙂

DSC_0026 (2)

DSC_0035 (2)

DSC_0048 (2)

w pewnym momencie pogoda przestala nas juz rozpieszczac wiec zadecydowalismy ze wykorzystamy reszta dnia na dalsze zwiedzanie okolicy. Przeprawe powrotna na lad staly lekko utrudnil nam zblizajacy sie przyplyw, zwiekaszajac poziom wody do poziomu klaty co sprawilo, ze musielismy komicznie wygladac niosac w lapakch nad glowa caly swoj dobytek 😀  na szczescie nasz rumak stal niezlomnie tam, gdzie go zostawilismy tak wiec nie pozostawalo nam nic wiecej jak ruszyc w droge. Popedzilismy w strone jedynego Parku Narodowego w prowincji Krabi z zamiarem wdrapania sie na 70 metrowy wodospad. Bylismy juz tak wyglodniali, ze pierwsza czynnoscia jaka wykonalismy po przekroczeniu bram parku bylo zamowienie obiadu. Byl to strategiczny blad tej wycieczki, gdyz zaraz po konsumpcji czekala nas niemila niespodzianka. To chyba Krabi tak nas zachwycilo, ze nie zauwazylismy, ze jest juz po 16tej… O 17tej zamykali park. Poskutkowalo to krotka wycieczka zaledwie do drugiej kaskady, gdzie tajemniczy pan w uniformie zagrodzil nam droge wyzej wymownie na nas patrzac i tlumaczac wszystko stanowczym „no no no”.

DSC_0050 (2)

Zrezygnowani ruszylismy na dol, gdzie cala frustracje rozladowalismy ganiajac dookola i droczac sie z rodzinka krabow. Postanowilismy wrocic inna trasa, zeby przyjzec sie dokladniej wspanialym formacjom skalnym / klifom z ktorych slynie Krabi. Sa niesamowite, gdzieniegdze po prostu nagle wyrastaja z ziemii pnac sie na wyskokosc nawet kilkuset metrow. Jak w bajce 🙂 Wieczorkiem z bolacym sercem zmuszeni bylismy zapisac sie na zorganizowana wycieczke. Pomimo iz szerokim lukiem omijamy tego typu atrakcje w tym przypadku byla to dla nas jedyna opcja zeby przedostac sie na niedalekie wyspy. Niestety nie ma na nie publicznego transportu, a w 2 osoby zaplacilibysmy kupe kasy zeby wynajac lodz i pozwiedzac je samodzielnie. Tak wiec decyzja zostala podjeta, a wieczor  spedzilismy drinkujac i grajac w ping ponga na korytarzu. Niestety okolo 1 w nocy przyszla Pani z recepcji, skarcila nas jak male dzieci i zabrala nam paletki hahahah 🙁  O 8 rano podjechal po nas transporcik, ktorym udalismy sie do portu, gdzie po ponad godzinnym czekaniu ( no stress, no stress) zaladowalismy sie na lajbe i wyplynelismy. Lodz oczywiscie defynitywnie odbiegala od zaprezentowanej na ulotce reklamowej, nie bedziemy wchodzic w szczegoly 😉 pierwszym przystankiem byla oslawiona Railey Beach, gdzie mozna dostac sie jedynie od strony morza. Standardowo piekno tego miejsca zostalo przycmione horda turystow, ktorzy rozpaczliwie zajmowali kazdy centymetr tej i tak waskiej plazy. Musi byc to utrapieniem dla ludzi, ktorzy zatrzymali sie w tamtejszym hotelu, gdyz w takim tlumie nie ma mozliwosci odpoczynku, plywac tez sie nie da, bo wszedzie zacumowane sa lodzie, a w celu zobaczenia czegos wiecej trzeba wynajac taksowke wodna. Miejsce faktycznie w rajskim klimacie, ale za zadne skarby bysmy sie tam nie zatrzymali na dluzej, nam wystarczylo pol godziny.

DSC_0057 (2)

DSC_0064 (2)

DSC_0069 (2)

DSC_0074 (2)

DSC_0075 (2)

Po zakupieniu jedzonka z wyzej wspomnianych lodzi poplynelismy na kolejna wysepke. Sama wyspa niczym szczegolnym nas nie zaskoczyla, ale gwozdziem programu okazaly sie malpiszony. Gang malp skutecznie okradal turystow dookola z orzeszkow bananow i wszystkiego co w ich mniemaniu sluzylo do jedzenia, aby nastepnie upodobac sobie nasza dwojke. Bylismy jedna wielka atrakcja na wyspie. Po pol godzinnym wskakiwaniu nam na glowe, plecy, drapaniu i iskaniu znudzone postanowily wyszczerzyc na nas kly.  Na szczescie statyw okazal sie skutecznym odganiaczem i zaoszczedzil ofiar zarowno w ludziach jak i malpach 😉 😀

DSC_0081 (2)

DSC_0088 (2)

DSC_0091 (2)

DSC_0100 (2)

DSC_0102 (2)

Podczas podrozy na kolejna wyspeke pogoda drastycznie sie pogorszyla i lunelo deszczem. Zmarznieta ekipa skulila sie w lodzi, kiedy nagle 3 podrozujacyh z nami rosjan wyciagnelo butelke whiskey, turystyczne kielonki i zaczeli polewac wszystkim dookola. Atmosfera od razu sie polepszyla, a rozgrzana ekipa postanowila wskoczyc do wody pomimo zimnego deszczu. Po chwili pluskania sie w morzu czesc grupy postanowila sprobowac swoich sil wspinajac sie na wystajacy klif. Sama wspinaczka okazala sie nielatwym zadaniem, a tych ktorzy jej podolali czekal kolejny test, mianowicie skok z calkiem niezlej wysokosci, gdyz byla to jedyna opcja, zeby znalezc sie znowu w wodzie. Gdy juz wszyscy wladowali sie na lodz poplynelismy w rejony innej wyspy poplywac z maska, poobczajac rybki i inne zyjatka. Pogoda dalej nam nie sprzyjala co zasadniczo wplynelo na widocznosc takze niestety duzo nie zobaczylismy. Ostatnia czescia programu miala byc nocna obserwacja swiecacego planktonu ale zanim tam poplynelisny zatrzymalismy na malenkiej wysepce aby wraz z reszta turystow zjesc kolacje.

DSC_0114 (2)

Jedzenie przygotowane przez organizatorow okazalo sie totalnym niewypalem, a my glodni, zmarznieci i zmeczeni marzylismy o tym, zeby znalezc sie juz w lozku. Niestety oprocz jeszcze jednego przystanku na koncu czekala nas niemila niespodzianka. Po doplynieciu do portu okazalo sie, ze jest za malo aut, zeby rozwiezc wszystkich i oczywiscie my musilismy byc w grupie ktora czekala najdluzej :/ nas to przesladuje jakies fatum, zawsze czekamy 2 razy tyle co normalni ludzie, a jak juz stoimy w jakiejs kolejce to jest 100% pewne, ze zaraz cos sie stanie i albo totalnie sie ona zatrzyma albo zwolni tak ze nikt o normalnych nerwach tego nie wytrzyma. Wniosek jest taki, zeby nigdy nie stawac tam gdzie my, jesli tylko widzicie nas w jakiejkolwiek kolejce to dla wlasnego zdrowia stancie w innej 😀 w koncu, po ok godzinie stania podjechal ziutek, ktory przetransportowal nas do hotelu. Zasnelismy jak dzieci 🙂 na nastepny dzien postanowilismy kolejny, juz ostatni raz dac szanse zorganizowanej wycieczce, choc tak naprawde znow nie mielismy duzego wyboru 😀 bardzo chcielismy zobaczyc slynna zatoke Phang Nga, do ktorej droga prowadzi przez rozlegly las namorzynowy, dodatkowo program obejmowal m.in. zwiedzanie wyspy James’a Bonda, plywanie kajakiem po pobliskich jaskiniach oraz obiad w wiosce „morskich cyganow”. Standardowo transport zabral nas spod hotelu i pomknelismy na przystan zeby wskoczyc do kolorowej lodki i ruszyc w droge. Juz na samym poczatku poznalismy 2 kolezanki Gosie i Asie z Polski, z ktorymi od razu zlapalismy wspolny jezyk. Dziewczyny rowniez nie byly fankami tego rodzaju zwiedzania, czego nie omieszkalismy wspolnie komentowac caly bozy dzien 😀 sama zatoka jest faktycznie przepiekna, pelna olbrzymich formacji skalnych wystajacych z morza i pnacych sie kilkaset metrow w strone nieba. Standardowo jak to my, mielismy pecha i pogoda tego dnia nie rozpieszczala przez co widocznosc rowniez nie byla najlepsza. Pierwszym przystankiem byla wspomniana wyzej wyspa James’a Bonda, ktorej popularnosc okazala sie delikatnie rzecz ujmujac przytlaczajaca. Miejsce wyjatkowej urody, istnie rajskie stalo sie zoo dla turystow, jest ich tak ogromna liczba, ze ciezko w ogole dopchac sie do najladniejszych widokow, a zrobienie sensownego zdjecia praktycznie graniczy z cudem. Pokrecilismy sie dookola, sprobowalismy szczescia w cykaniu jakichkolwiek fotek i wrocilismy na lodke zeby ruszyc dalej.

DSC_0120 (2)

DSC_0161 (2)

DSC_0162 (2)

DSC_0173 (2)

DSC_0166 (2)

Kolejna zaplanowana atrakcja okazalo sie „plywanie kajakiem”. Otoz plywanie to polegalo na grzecznym siedzeniu w kajaku z napedem na jednego Taja, po 15 minutach krazenia wokol jednej jaskini nastepowal uroczysty koniec wycieczki uczczony darmowa szklanka „chyba kisielu” 😀 zanim jednak opuscilicmy swoja lajbe nasz kapitan – sternik – naped – animator wykazal troske o poziom naszego zadowolenia z ekspedycji pytajac „are you happy my friends?”. Nie chcac psuc jego wysokiego morale twierdzaco pokiwalismy glowa, na co on zywiolowo zaspiewal „tip,tip,tip!”. Taka sytuacja 😉

DSC_0177 (2)

DSC_0193 (2)

po ekscytujacym rejsie przyszedl czas na lancz. Dopadl nas lekki niepokoj, po wczorajszej zenujacej kolacji nie spodziewalismy sie niczego dobrego, dodatkowo intrygowal nas fakt, ze zjemy ja w wiosce morskich cyganow. Czego by sie tu spodziewac ?! Ha! I tu niespodzianka, zarowno jakosciowo jak i ilosciowo obiad mile nas zaskoczyl, dodatkowo zostal ladnie podany w dosc specyficznej okolicy 😉

DSC_0229 (2)

DSC_0233 (2)

DSC_0237

DSC_0241 (2)

DSC_0242 (2)

DSC_0245 (2)

DSC_0246 (2)

DSC_0249

Z pelnymi brzuchami ruszylismy na spotkanie z wielkim zlotym Budda i otaczajaca go gromada malp.

DSC_0255 (2)

W miedzy czasie przyszlo oberwanie chmury, ktore przegonilo cala nasza grupe. Ostatnim  przystankiem byl wodospad na ktory porwalo sie tylko kilku smialkow. Przemoknieci i glodni ale wciaz w szampanskim humorze postanowilismy wraz z dziewczynami zahaczyc o miejski market, gdzie skusilismy sie na mega pikantne curry. Niestey nikt nie podolal mu do konca 😀 zracy podklad musial zostac ugaszony zimnym browarkiem, a jak sie pozniej okazalo to na jednym sie nie skonczylo 😉 okolo 24.00 postanowiismy sie rozejsc bo zarowno nas jak i dziewczyny na drugi dzien czekala dluga podroz.