?>

Hola Tenerife!

Po poprzedniej podróży postanowiliśmy zredukować swój bagaż, tym razem ambitnie do 20 kg na dwie osobę 😀 torba pękała w szwach, ale chyba udało nam się zabrać wszystko co zaplanowaliśmy 🙂 ciepłe ciuchy na garba, a reszta w tytkę.

Czekała nas standardowa podróż polskim busem o 23 do Warszawy skąd następnie po godzinie czekania tym razem modlin busem na lotnisko tanich linii. Po 4 godzinnej drzemce w vip loży patrz poczekalni udało nam się ulokować w samolocie na Teneryfę. Przekornie nie zapłaciliśmy haraczu za konkretne miejsca, ale wywalczyliśmy je mimo wszystko 😛 6 h zdawało się trwać wiecznie, ja standardowo ćwiczyłam jogę, a Filip oddał się konwersacji z współpasażerem.
Po wylądowaniu, odebraliśmy samochód I pojechaliśmy na małe zakupy, których część postanowiliśmy spałaszować z widokiem na ocean 🙂 nastał czas aby wyruszyć do wcześniej zarezerwowanej chatki, jednak poszukiwania okazały się nadzwyczaj ciężkie 😀 w międzyczasie zdążyło zrobić się już ciemno, co stanowczo utrudniło dotarcie do celu. Przez półtorej godziny krążyliśmy bez efektu zwiedzając coraz to dziwniejsze miejsca, Az w końcu zatrzymaliśmy się w polu gotowi na kimanie w aucie… Niestety właścicielka naszego mieszkania nie mówiła nic po angielsku, a nasze tymczasowa konwersacja polegała na tym że ja pisałam do niej po angielsku, ona odpisywała po hiszpańsku co ja potem wrzucałam w translator. Finalnie stwierdziliśmy że dzwonienie do niej będzie bez sensu tak więc napisaliśmy smsa z zapytaniem gdzie powinniśmy skręcić. Po jakichś 20 min odpisała nam (uwaga in inglisz) żebyśmy podali gdzie mniej więcej się znajdujemy żeby mogła pojechać i nas znaleźć 🙂 A wtedy bach! co się stało… mój telefon oczywiście się rozładował. Zrezygnowani zjechaliśmy w dół do głównego skrzyżowania gdzie po 5 min pojawiła się ona 🙂 zorientowaliśmy się, jak Filip wyskoczył z auta, a ona rozradowana zawołała go ” Dżastina” 😀 no i pojechaliśmy, standardowo okazało się że krążyliśmy w odpowiednim miejscu jednak zabrakło nam kilku metrów by zauważyć światło i dotrzeć do chatki, która okazała się jeszcze lepsza niż na zdjęciach. Po szybkim rekonesansie naszej skalnej chatki właścicielka się ulotniła, a my oddaliśmy się relaksacji przy butelce wina i hiszpańskiej muzyce. Powędrowaliśmy do naszej sypialni gdzie zasnęliśmy jak dzieci aby na drugi dzień obudzić się w południe. Lepszego „poranka” nie mogliśmy sobie wyobrazić, w końcu nie ma nic lepszego niż leniwe śniadanko w pełnym słońcu z widokiem na ocean 🙂 A nasze chatka po prostu bajka, poczuliśmy się jak Flinstonowie 😀 całe mieszkanie wykute było w skałach, pokoje rozmieszczone na kilku poziomach do których prowadziły kamienne schodki na zewnątrz. Natomiast w środku wszystko czego tylko można było sobie zażyczyć od wyciskarki do soków po ekspres do kawy, pełną zastawę i wiele, wiele więcej 🙂
DSC_0280
DSC_0287
Naszym głównym planem dnia było tzw. „mentalne zmierzenie” się z Teide, którą mieliśmy zaatakować na następny dzień. Postanowiliśmy wybrać jak najmniej uczęszczaną trasę, była to kręta droga przez okoliczne wioski, która powoli wspinała się wysoko aż do samego parku narodowego. Wjechaliśmy na wysokość około 2270 m, gdzie temperatura spadła około 11° w porównaniu do tego co było na dole. Widoki nas po prostu rozwaliły, wiedzieliśmy że będzie ładnie, ale nie spodziewaliśmy się aż tak spektakularnych krajobrazów! Dosłownie wylądowaliśmy na Marsie 😀 przez około 10 min mierzyliśmy się wzrokiem z górującym nad wszystkim wulkanem. Nie mieszkaliśmy pogrozić mu „czekaj tu, Ciebie dojedziemy jutro”.
 
DSC_0312
DSC_0327
DSC_0331
DSC_0335
DSC_0340
DSC_0341
DSC_0343
W drodze powrotnej postanowiliśmy zajechać do najbardziej popularnych kurortów turystycznych na Teneryfie, w których zatrzymuje się 90% turystów/emerytów odwiedzających wyspę 😀 tam też pierwszy raz testowaliśmy kanaryjskie pyry. Niezłe! 🙂 po wysokiej klasy/cenie obiedzie postanowiliśmy wrócić do domu gdyż zaczynało się ściemniać. Przecież nie chcieliśmy znowu się zgubić 😀 podobno chcieć to móc, ale nie tym razem 😛 wszystko byłoby ok, gdybyśmy pojechali krętą, wąską dróżka, ale nie, my postanowiliśmy pojechać autostradą żeby było łatwiej…    Nie dla nas łatwe rozwiązanie, zjazdy z autostrad okazały się zagadkowe 😀 po paru anglo-hiszpańsko-polskich konwersacjach z napotkanymi lokalesami udało nam się obrać dobry kierunek, gdzie po przejechaniu setek wąziutkich i krętych uliczek, niejednokrotnie pnących się prawie pionowo w górę dotarliśmy do naszej Flinstonowej chatki 🙂 niestety nie udało nam się nią wystarczająco nacieszyć gdyż na drugi dzień z samego rana, zbieraliśmy manatki i jechaliśmy na finalne starcie z siedmiotysięcznikiem licząc od dna oceanu haha, nie no tak na serio to Teide ma 3718 m n.p.m. co i tak dla nas jest rekordem w tym momencie 🙂