?>

Biznesy w Laosie, pierwszy zarobiony milion i Chateaux de Lao za „nie wygorowane” 150 000…

Niezmiennie godzina wstania opoznila sie 🙂 w pospiechu spakowalismy plecaki i zbieglismy na dol do tuk tuka, ktory zawiozl nas na przejscie graniczne z Laosem. Cala przeprawa przeszla dosyc sprawnie do momentu wejscia do autobusu, w ktorym okazalo sie ze nie ma juz miejsc. Efektem tego byla jazda w lozy VIP, czyli luku bagazowym na koncu autobusu z banda skosnookich blizej nie okreslonej narodowosci 🙂

image

Bylismy w Laosie, pierwsze kroki skierowalismy w poszukiwaniu transportu do portu skad ruszalismy w dwudniowy rejs po Mekongu, kierunek —> Luang Prabang. Przed wejsciem na lajbe postanowilismy zaopatrzyc sie w prowiant i zjesc jakies sniadanie. Widok zjezdzajacych sie tlumow przyspieszyl nasza konsumpcje i czym predzej popedzilismy pakowac sie na poklad. Okazalo sie to bardzo dobra decyzja, gdyz chwile pozniej zaczal sie niezly kociol. Ilosc podrozujacych znacznie przekraczala ilosc miejsc na lodzi jednak nie robilo to wiekszego wrazenia na obsludze. Wkurzeni pasazerowie zbuntowali sie i finalnie udalo sie uruchomic druga lajbe tak, zeby wszyscy doplyneli majac przynajmniej miejsce siedzace. Po szesciu godzinach przyjemnego rejsu dotarlismy do Pakbeng’u na nocleg.

image

image

image

image

image

image

Ze wzgledu na dosc duza liczbe ludzi postanowilismy podzielic sie obowiazkami. Jedno z nas mialo czekac na wyladunek plecakow, kiedy drugie pobieglo znalezc nocleg. Udalo sie, zatrzymalismy sie w hotelu tuz przy samym porcie, gdyz i tym razem chcielismy wczesniej zajac sobie dobre miejsca (wiecie jak u nas z wstawaniem:)). Chwile pozniej zrobilo sie ciemno wiec postanowilismy zjesc kolacje w przydroznej knajpce, a nastepnie uczic polowe rejsu czerwonym winem. W winko zaopatrzylismy sie na portowym straganiku… I tutaj zaczela sie wyzsza matematyka, o tyle o ile przeliczanie tajskiej waluty nie robilo nam problemu, to z kipami nie bylo juz tak prosto. Cene wina oszacowalismy na okolo 6 zlotych, co w ogole nas nie zdziwilo biorac pod uwage jak tu tanio. Jak sie pozniej okazalo po ponownej kalkulacji wino kosztowalo 60 zlotych, jednak smaku to nie zmienilo, dalej czulismy sie jakbysmy zaplacili za nie 6 zlotych. Nie odrzucilo nas, mimo wszystko wypilismy do dna, a potem zapadlismy w sen. Laotanska waluta nie tylko przysporzyla nam klopotow, ale rowniez pozwolila nam sie poczuc jak milionerzy. Tutaj za byle wode mineralna placi sie w tysiacach:)

image

a juz najlepszy cyrk jest jak placi sie w batach, a wydaja Ci w kipach, wtedy na wszystkich twarzach widac konsternacje, kazdy wykonuje obliczenia na miare rachunku rozniczkowego tak wiec na pierwszy dzien polecamy kalkulatory:)) STALO SIE! Wstalismy rowno z budzikiem, najprawdopodobniej wizja spedzenia kolejnych 7 godzin miedzy siedzeniami lub kolo silnika byla na tyle przerazajaca, ze zmobilizowala nas do wczesniejszej pobutki.

image

image

image

I po raz kolejny byla to bardzo madra decyzja, bylysmy przy lodziach godzine przed planowanym startem i juz jedna z nich byla praktycznie pelna. Laotanczycy ponownie mieli plan upchac wszystkich na jedna lajbe chocby mieli plynac na dachu. Kiedy powiedzielismy, ze sie nie pomiescimy to niechetnie pokazali druga lodke, w ktorej 3/4 siedzen to drewniane lawki. Szybko zaatakowalismy tylnia czesc zaopatrzona w siedzenia ze starego autobusu, gdzie po uprzednim poprzestawianu foteli mielismy mnostwo miejsca na nogi (przywilej bycia pierwszym). Zaopatrzeni w bagietki i piwka spedzilismy kolejne 7 h plynac i podziwiajac sielski krajobraz Mekongu.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Niestety od dluzszego czasu Laotanie znalezli kolejny sposob na zarobienie kilku USD i lodki nie doplywaja juz bezposrdnio do centrum Luang Prabang, a zatrzymuja sie okolo 7 km poza miastem. Stamtad gang tuk tukarzy zacierajac raczki wylapuje turystow kasujac 20000 kipow od lebka za trasnport. Postanowilismy sie zbuntowac, podczas gdy ludzie scisnieci jak sardynki oczekiwali na start, my zabralismy plecaki i wyruszylismy na piechote ku Luang Prabang. Po okolo 2 km, zatrzymal sie pusty tuk tuk, ktory za polowe ceny zawiozl nas pod sam hotel:)

image

image

image

swoje kroki skierowalismy ku przdroznej knajpkce, aby ze smakiem spalaszowac zupke i smazony ryz. Wracajac zachaczylismy jeszcze nocny targ robiac male zakupy ( 2 pary spodni za 15zlotych, tym razem bez dziury 😀 ). Z winkiem w rece udalismy sie do naszego,przytulnego pokoiku z powaznym planem ujrzenia porannej ceremonii wreczania darow mnichom o … 5.30 rano…

image

image

image

image

image

Podczas ceremonii zaobserwowalismy dosc nieciekawe zachowanie turystow, byli przesadzeni z fotografowaniem maszerujacych mnichow. Co poniektorzy potrafili pstrykac fotki tuz przed ich twarzami. My postanowilismy stanac sobie z boku i porobic troche ujec z dystansu. Po ceremonii wrocilismy do hotelu, aby jescze troche powylegiwac sie w lozku, a nastepnie spedzic wiekszosc dnia blakajac sie po przepelnionych kolonialna architektura uliczkach Luang Prabang. Po kilku godzinkach zatrzymalismy sie w knajpce nad Mekongiem, aby z fajnym widoczkiem cos spalaszowac. Tym razem zamowilismy kociolek z rozgrzanymi kamieniami, na ktorym smazylismy sobie roznego rodzaju mieso i zielenine. W drodzem powrotnej zakupilismy jeszcze bilety nam jutrzejszy wyjazd do Vang Vieng.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image