?>

4 tysiace wysp, pij, jedz i nie rob nic…:)

Po 15-minutowym rejsie wyladowalismy w pseudo porcie aka plazy na Don Det. Przywital nas usmiechniety od ucha do ucha rastaman zapraszajacy do swojej knajpki na blanta, ale podziekowalismy i ruszylismy w poszukiwaniu swojej chawirki.

Po ponad 24 godzinnej podrozy chcielismy jak najszybciej pozbyc sie plecakow i ruszyc poogladac wyspe. Juz na samym poczatku zaskoczyla nas brakiem drog, samochodow oraz swojskim charakterem. Jedynym srodkiem transportu na Don Det byly lodzie, rowery oraz skutery, bo sciezki sa tak waskie, ze nawet mijanie sie na wyzej wymienionych sprzetach zachodzil o akrobacje. Po zatloczonych miastach azji, w ktorych kazdy sie gdzies spieszy, atmosfera w rejonie 4 tysiecy wysp byla doslownie mega wyluzowana. Po standardowym buszowaniu w poszukiwaniu naszego lokum dotarlismy do Datta Banana Leaf Bungalows, gdzie mielismy spedzic kolejne 3 noce. Bylo to najgorsze, najbrudniejsze i w ogole tragiczne miejsce, a finalnie nasz pobyt tam skrocilismy do 2 nocy. Poprzez ten bungalow nasze pierwsze wrazenia na wyspie byly calkiem srednie, dlatego ruszylismy poszukac lepszych atrakcji – gastrowaaaa plus dalszy rekonesans terenu. W poszukiwaniu smakolykow chodzilismy od knajpki do knajpki czytajac,co ciekawego maja w menu. Na nasze szczescie zatrzymalismy sie przy jednej dluzej, gdzie po chwili uslyszlismy znajome ” siemanko, skad jestescie?”. I tak wlasnie rozpoczela sie nasza przygoda z Grzeskiem i Kondziem. Po krotkiej rozmowie polecili nam miejsce z najlepszym jedzeniem na wyspie, a jak dla nas nawet jedynym slusznym miejcem zeby zostac na Don Det. I tam tez skierowalismy swoje kroki, aby tak naprawde potem spedzic tam 90% naszego pobytu w rejonie (oprocz dzikiego objazdu sasiedniej wyspy:)) nieco pozniej, ponownie dolaczyli do nas wczesniej poznani znajomi.

Juz w Mama Leuah rozpoczelismy posiadowke przy piwkach, opowiadajac sobie nawzajem o przebytych podrozach, dalszych planach, Polsce i innych ciekowstkach. Gadalo nam sie rewelacyjnie, tematow bylo wiele, a jeszcze wiecej wiecej roboty mial gospodarz Lutz, ktory nie nadazal z dostawianiem zimnych BeerLao. Po kilku godzinach „zmeczony” Kondziu postanowil polozyc sie spac 😉 jednak ku naszemu zdziwieniu znikad nagle pojawil sie Rafal. Kolejny Polak rzadny godnej konwersacji i zimnego piwa. Impreza niezle sie rozkrecala, w ramach dodatkowej rozrywki gralismy, w jenge jednak w tej dyscyplinie pokonal nas wiatr. Z nienacka zza plecow pojawia sie taca zastawiona shotami, okazalo sie ze jedna z wakacjujacych tutaj Niemek ma dzis urodziny! Zaspiewalismy piekne sto lat i w taki oto sposob ekipa imprezowa powiekszyla sie o kolejne 3 osoby.

Zapadla ciemna noc, a my postanowilismy zabrac sie do domu, poniewaz w totalnych ciemnosciach mielismy do przejscia okolo 2 kilosy. Z samego rana zadecydowalismy, ze sniadania nie zamierzamy jesc nigdzie indziej jak w Mama Leuah, tym razem jednak kolo chaty zaopatrzylismy sie w rowery, gdyz zamierzalismy objechac swoja i sasiednia wyspe. Po drodze do ukochanej knajpki spotkalismy podazajacych w przeciwnym kierunku Kondzia i Grzecha, ktorzy lekko zmeczeni (kazdy na swoj sposob:P) szli w strone portu, aby udac w sie w dalsza podroz do Tajlandii. Sniadanie tak jak wszystkie inne posilki okazalo sie fenomenalne, zaraz po nim wskoczylismy na rowery i wyruszylismy na nasz objazd. Po raz kolejny w Azji okazalo sie, ze nasze niewielkie gabaryty moga byc tylko zaleta, sprzet na ktorym smigalismy byl co najmniej przkrotki. Sam rajd na rowerach pomimo technicznych przeszkod w postaci dzwinych drewnianych konstrukcji robiacych za mosty i palacego slonca byl bardzo przyjemny. Zjechalismy cale Don Khon zatrzymujac sie w kilku miejscach na zdjecia, minelismy szkole pelna rozpromienionych i radosnych dzieciakow, rozgrzana plaze i przepiekny wodospad.

Po calej przejazdzce zrobilismy sie glodni i wyruszylismy w droge powrotna zeby znow najesc sie u Lutza. Tam tez spedzilismy wieczor, jednak tym razem obylo sie bez imprez i wczesnym wieczorem zawinelismy do swojej nory, bo rano mielismy zlapac piroge zeby udac sie w kierunku kambodzanskiej granicy.